Handlettering, projekty na pierwszy dzień wiosny

 

Handlettering (czytaj odręczne pisanie), przeze mnie zwany kaligrafią w nowoczesnej formie, możemy wykorzystać na wiele kreatywnych sposobów. Najbardziej oczywiste są pięknie wykaligrafowane zaproszenia, życzenia lub dyplomy. Dekoracyjne pismo może też być ciekawym elementem graficznym, po prostu obrazkiem. Handlettering od klasycznej kaligrafii odróżnia to, że te same litery nie muszą być idealnie identyczne, a skaczące liternictwo (bouncing lettering) – litery w jednym słowie pisane są na różnych poziomach, są w tej chwili jednym z wiodących trendów.

Nauka kaligrafii, tej tradycyjnej czy nowoczesnej, zawsze wymaga cierpliwości, praktyki i jeszcze raz praktyki, ale warto.

Poniżej przedstawiam pierwsze moje prace z wykorzystaniem dekoracyjnego pisma.

handlettering kaligrafia wiosna

handlettering projekt na pierwszy dzień wiosny

Kaligrafia powoli zaczyna przeżywać renesans, dlatego zachęcam do zabawy z literami i prostymi rysunkami. Myślę, że tego rodzaju projekty, mogą być ciekawa zachęta dla naszych dzieci, by przekonały się, że piękne pisanie nie jest przeżytkiem, że ręcznie napisane słowo może samo w sobie być sztuką.

obrazek wiosna kaligrafia handlettering

wiosenny projekt

Stworzenie takich obrazków nie jest wcale trudne. Wystarczy: papier, ołówek, cienkopis, flamastry i trochę cierpliwości.

handlettering obrazek prezent kaligrafia

Na koniec mam dla Was mały prezent – tutorial do ćwiczeń kaligrafii słowa „Wiosna” , w taki sposób, jak w moich projektach.

Miłego kaligrafowania i pozdrawiam ciepło w ten pierwszy wiosenny dzień.

WIOSNA.PDF

 

 

Kaligrafia w ogrodzie

Jak przystało na mojego niespokojnego, szalonego ducha, od pewnego czasu, pojawiła się u mnie nowa pasja – kaligrafia i jej nowoczesne rodzeństwo – handlettering czyli pismo odręczne. Zanim jednak zacznę snuć tę opowieść, dzisiaj coś ze środka tematu. No bo inaczej byłoby nudno.

Z okazji zbliżającej się wiosny i rozpoczęcia domowych prac siewczych, postanowiłam wszystkim ogrodnikom-estetom zrobić prezent w postaci wykaligrafowanych nowocześnie napisów na tabliczko-patyczki do opisywania sadzonek i siewek. PDF można ściągnąć z linku poniżej ilustracji.

 

warzywa-a

 

ETYKIETY WARZYW PDF

Podpisy gotowe do wydrukowania, wycięcia i naklejenia na patyczki, a Tych ambitniejszych zapraszam do wypróbowania swoich sił w nowoczesnej kaligrafii. Może warto zrobić taki prezent zaprzyjaźnionemu, zapracowanemu ogrodnikowi.

W następnych odcinkach napiszę jak zacząć swoją przygodę z nowoczesną kaligrafią zwaną handletteringiem.

Na koniec: jak samemu zrobić kolorowe etykiety do sadzonek.

Materiały:

  • patyczki po lodach, gotowe drewniane listewki (do kupienia w sklepie a gadżetami papierowymi lub patyczki lekarskie do gardła)
  • farba akrylowa (kolor dowolny)
  • ołówek, gumka
  • flamaster/pisak wodoodporny

 

IMG_4854_2

 

Patyczki najlepiej najpierw pomalować – podczas pisania bezpośrednio na drewienku, tusz z flamastra, nawet wodoodpornego, będzie brzydko się rozlewał. Gdy farba jest sucha kaligrafujemy. Najpierw ołówkiem, a potem poprawiamy flamastrem. Te linie, które piszemy ruchem „w dół” dodatkowo poprawiamy, by były grubsze… i gotowe.

IMG_4865

sadzonki

 

 

 

Miejski ogródek – podsumowanie 2016

Lubię bawić sie w ogródkową buchalterię i zawsze staram się zapisywać, trochę dla siebie trochę dla potomności, ile udało mi się zebrać z mojego mikro miejskiego ogródka. Trochę tego było, choć bywały lata lepsze, szczególnie jeśli chodzi o dynie i ziemniaki. Po plonach od razu widać, że w tym roku nie miałam zbyt dużo czasu czasu na doglądanie moich grządek, no i pewnie popełniłam kilka błędów. No trudno, ale próbuję dalej. Uprawę, tak jak całe swoje życie, trochę biorę „na żywioł” i „spontan”, bo w ogródku pracuję wtedy kiedy mam czas i siłę. Uda się to dobrze, nie, to trudno.

IMG_4458

  • fasolka szparagowa i mamut 3,5 kg (przepyszna – gotowana, z oliwą i prażonymi ziarnami słonecznika – „prezes”:-P)
  • sucha fasolka  0,5 kg (zimą jak znalazł do zupy czy pasztetów)

img_4667

  • pomidory 10,5 kg (jak zwykle mistrz, jak zwykle bez zarazy, bo używan EMy) to moje popisowe uprawy, słodziutkie; ostatnie, które dojrzewały już na oknie zjadane były pod koniec października; uprawiam różne odmiany, głównie średnie i małe, bo szybko dojrzewają, a nasiona zbieram sama z pomidorów, które kupuję w sklepie, lub zostawiam sobie z moich własnych
img_4626

to chyba kumato

IMG_0010_1a

  • cukinia ponad 5 kg (tutaj mogło być lepiej, ale zbyt późno sadzone)
  • dynia hokkaido 2 kg (zbyt późno sadzona)

img_4677

  • jabłka ponad 2 kg (jabłonka prowadzona na płasko przy ścianie budynku) to pierwsze znaczące zbiory z tego drzewka, w 2017 na nic nie liczę, bo ta jabłonka kwitnie co drugi rok
  • marchew prawie 3 kg (sprawdziła się uprawa w donicach, takie okrągłe marcheweczki jemy tak jak rzodkiewki, a kolorowe z ziemi fajnie wyglądają w potrawach)

IMG_0008

img_4466

  • czarna porzeczka i agrest, prawie 1 kg (tutaj w zbiorach pomogły mi chyba dzieci z sąsiedztwa 😉 )
  • jarmuż, burak liściowy, bietola w ilościach wystarczających na przygotowanie jedzenia raz na dwa tygodnie
  • ziemniaki uprawiane w donicach, na 3-4 obiady
  • zioła – tyle ile potrzeba na codzień i do ususzenia na zimę

img_0002a

IMG_4391a

  • około 15 główek czosnku (tutaj mi nie wyszło)
  • około pół szklanki jagody kamczackiej (fantastyczny słodko-cierpki smak) krzaczki mają już 3 lata i w tym roku liczę na większe ilości)
  • 1 ogromna fioletowa kalarepa 😉 ale za to jaka pyszna
img_4744

z donicy

  • sporo buraków, że i na przetwory wystarczyło

beet

  • dowolne ilości liści mniszka lekarskiego (na sałatkę i pesto)
  • plus prawie 1 kg bulw topinambura, który najchętniej wcinam na surowo (to co prawda z mojego poletka na zaprzyjaźnionej działce) cieszę się nawet z takiej ilości, bo wiosną 2016 moje uprawy topinambura zryło stadko dzików, i w ziemi zostało niewiele bulw

topinambur

Porażki 2016:

  • orzeszki ziemne – nasiona kupiłam dla draki i z ciekawości, ale w naszych okolicznościach klimatycznych raczej nic z dużych zbiorów 😉 albo nie do mojego ogródka
  • ziemniaki – dlaczego było ich tak mało, nie wiem, zauważyłam, że strasznie długo startowały, może to nie był dla mnie ziemniaczany rok, ale teraz będę kontynuować z uprawą donicową – i przetestuję metodę z 2 w 1 (czyli donica w donicy, ta w środku z powycinanymi otworami,żeby wyciągać ziemniory bez niszczenia roślin)
img_4634

idealne do zupy, razem ze skórką

Udanych plonów wszystkim.

Czuwaj!

 

Wegański „smalczyk” czyli dawanie radości

img_4796

powiedział Atiśa

Weź:  1,5 szklanki ugotowanej białej fasoli, pół dużej cebuli, pół winnego jabłka, trzy bulwy topinambura (opcjonalnie), dwie garście suszonego majeranku, sól, pieprz do smaku, łyżkę oleju kokosowego, 1 łyżkę oleju do smażenia, 2 średnie słoiki, kawałek płótna, ozdobny sznurek i masz gotowy wyjątkowy prezent dla bliskiej osoby,

bo szczęście oparte na szczodrości i dawaniu jest jednym z najpiękniejszych doświadczeń jakie może dać nam życie. Kiedy bezinteresownie mogę sprawić komuś przyjemność, podzielić się zrobionymi własnoręcznie przetworami, podarować drobiazg, o którym ktoś marzy, dla mnie jest to najpiękniejsza chwila. Ofiarowanie obrazka z własnoręcznie wykaligrafowanym, inspirującym hasłem też może być cudownym gestem.

Szczodrość poświęconego czasu, uwagi, zainteresowania, ponad szczodrością pieniędzy. Zawsze wolałam ofiarowywać tego rodzaju prezenty. Kilka wspólnych chwil, niespodzianka w postaci posprzątanego ogródka, nieoczekiwana wizyta z pizzą – czyż takie prezenty nie są dla nas najmilsze? „Najwyższą Szczodrością jest Dawanie Radości” – powiedziane przez Atiśię, średniowiecznego, indyjskiego mistrza i uczonego, te słowa inspirują mnie i nakręcają do podejmowania wysiłku.

Jak już pewnie zauważyliście, jestem zwolenniczką drobnych kroków i czynów, ponad ogromnymi skokami i rewolucjami. Tutaj też drobiazgi mogą mieć znaczenie, i na zbliżający się Dzień Babci i Dzień Dziadka, przekażę ważną dla mnie myśl,  pamiętajcie o malutkich, codziennych czynach, to one dają szczęście nam i naszym bliskim.

img_4814

Samo przygotowanie „smalczyku” jest dość proste. Cebulę , topinambur (obrany) i jabłko (ze skórką, co dodaje trochę koloru i faktury) kroimy w drobną kosteczkę (do pół cm). Na patelence rozgrzewamy masło kokosowe i olej, wrzucamy cebulę i smażymy przez około 5 minut, na wolnym ogniu, często mieszając, potem dodajemy jabłko i topinambur i garść suszonego majeranku. Smażymy, znowu często mieszając, i znowu na wolnym ogniu, i jeszcze przez 5-10 minut, aż cebulka będzie złoto-brązowa (pamiętacie utwór The Stranglers o tym tytule? Muzyka przepiękna, ale tekst o zdarzeniach zupełnie nieadekwatnych do tego wpisu). Podczas smażenia cebulki, miksujemy fasolę w malakserze, albo innym robocie kuchennym, na gładką lub mniej gładką masę. Podczas miksowania dodajemy pozostałą część majeranku, sól, pierz do smaku. Kiedy podsmażone składniki trochę przestygną, mieszamy je ze zmiksowaną fasolą. Przekładamy do słoików i gotowe. Jemy, mniam, można z chrzanem lub musztardą, na chlebie lub plasterku surowego topinambura. W lodówce przechowujemy przez kilka dni.

img_4824

Jak zamierzam wytrwać w noworocznych postanowieniach

Pierwszy tydzień stycznia. Sylwestrowe brokaty już opadają, zabawy cichną i wracamy do normalnego życia. W pierwszych dniach nowego roku w przestrzeni dominuje temat celów,  postanowień. Zastanawiałam się ilu z nas udaje się zrealizować noworoczne deklaracje.

Osobiście raczej nigdy nie wiązałam żadnych swoich postanowień ze zmianą daty w kalendarzu, były to raczej decyzje stopniowe, które dojrzewały w czasie, by osiągnąć ciężar gatunkowy i pojawić się. Gorzej mam zawsze z trzymaniem się tych deklaracji. Tutaj chyba nie jestem wyjątkiem. Wiele z ambitnych zamierzeń rozmywało się w realiach dnia codziennego, żeby nie powiedzieć otwarcie, w lenistwie. Może i dla mnie przyszedł moment, żeby podnieść rękawicę i postawić sobie cele, które chciałabym w 2017 roku zrealizować. Kilka z nich jest na pewno dość ogólnych i wydawałoby się łatwych do realizacji, ale nawet nr 5 „być cierpliwa” może być dość karkołomne by tego dotrzymać.

 

W każdym razie będę się starać  i mam kilka pomysłów, co mogłoby mi w tym pomóc.

  • Wielkie zmiany składają się z małych kroczków, dlatego działać powoli ale do przodu. Jeżeli obieramy za cel trudny problem, np. więcej ruchu, może zacząć od pokonywania na piechotę, zamiast windą, jednego piętra, potem dwóch, itd. Z czasem drobne decyzje doprowadzą nas do czegoś dużego i znaczącego.
  • Nie porzucać celu pomimo niepowodzenia w trakcie roku.”Nie od razu Rzym zbudowano”
  • Codziennie widzieć to co postanowiałam (karteczki na widoku), by pomogło mi trwać.

postanowienie

Chętnie poznam Wasze doświadczenia z dotrzymywaniem noworocznych postanowień.

Pozdrawiam Wszystkich i trzymam kciuki za Was i za siebie. Czuwaj!

PS. Zapomniałam o najważniejszym postanowieniu – KOŃCZYĆ TO, CO ZACZYNAM ! Dla mnie to chyba najważniejsze.

 

Żeby tak czas zwolnił

Dni, tygodnie, lata pędzące i numery zmieniające się coraz szybciej, to temat pojawiający się coraz częściej w rozmowach. Chwile podobne, jedne do drugich przygnębiają nas.

Często słyszę w rozmowach: „jak byłem dzieckiem czas mi się dłużył, a teraz nawet się nie obejrzę kiedy minie kolejny rok”. Wstajemy, jazda do pracy, praca, powrót, trochę rutynowych zajęć, i noc. I dzień kolejny i kolejny, a weekendy kończą się szybciej niż się zaczęły. Znacie to?

Jeżeli nie, to jesteście szczęściarzami, a jeśli tak, to przeczytajcie jak ja sobie radzę z coraz szybciej płynącym czasem. Rozwiązaniem jest – złamanie rutyny i aktywność.

czerwony-kapturek

Zimowe wędrówki po górach są bajeczne.

To proste rozwiązanie odkryłam kilka lat temu, kiedy dwa tygodnie wakacji, spędzone w kilku różnych miejscach, połączone z intensywnością przeżyć, subiektywnie wydłużyły kanikułę prawie dwukrotnie. Po powrocie do pracy w biurowych rozmowach słyszałam tylko: „mój urlop tak szybko minął, to były tylko dwa tygodnie”. Nie mogłam wtedy wyjść ze zdziwienia, bo moje dwa tygodnie trawły naprarawdę niesamowicie długo. Ale dlaczego? Codziennie praktycznie robiliśmy co innego, inne miejsca, ludzie, aktywności. A to wywróciliśmy żaglówkę, a to zwiedzaliśmy Berlin czy Rzym, a to wylegiwaliśmy się nad basenem. I wszystko w te same dwa tygodnie. I co najważniejsze wszystko w granicach naszych skromnych możiwości budżetowych, a w porównaniu do wykupionych wczasów to było „tanio i okazja”.

Kilkudniowa wędrówka po polskich górach też jest fascynująca

Wtedy zrozumiałam, to jest to. Ciągłe powtarzanie czynności, rytuał codzienności wpływają na odczucie szybkiego przemijania czasu, a im więcej różnorodnych aktywności podejmujemy tym bardziej nasze życie „wydłuża się”. Różnorodne aktywności wzbogacają nasze życie, stawiają kropki w zdaniach naszych dni i możemy łatwiej namierzyć je w czasoprzestrzeni.

las2

las1

Wystarczy kilka godzin w samochodzie by zobaczyć w Polsce takie cuda.

Sami sprawdźcie. Wyjazd na weekend połączony z wędrówką po górach, kajakami czy wyprawą rowerową spowoduje, że odpoczniecie, złapiecie wiatr w żagle, a czas „wydłuży się” i te dwa dni mogą wydać się nawet tygodniem.

img_4433

Weekend za miastem bardzo pomaga.

Taka sama reguła odnosi się do czasu „po pracy”. Im bardziej aktywnie spędzam czas wieczorami, tym bardziej czas spowalnia. I wcale nie myślę tu o drogich rozwiązaniach, bo wystarczy mi uczenie się nowych rzeczy np. kaligrafii, rysunku, lub przygotowanie własnoręczne ozdób  choinkowych, etykiet do prezentów, i wszystko z dala od komputera – to znany zjadacz czasu.

nazwa001a

Kaligrafia jest jedną z możliwych aktywności „po pracy” i nie wymaga dużych inwestycji.

Ciekawa jestem czy Wy też macie podobne doświadczenia z czasem. Chętnie je poznam.

Pozdrawiam serdecznie i Pomyślnego Aktywnego Nowego Roku zyczenia001a

 

Rozważania przy wegańskich cukiniowych plackach

Rozwój pojawia się poza bezpieczną strefą” – to hasło widzę gdy codziennie siadam przy moim biurowym stanowisku pracy. Wydrukowane, powieszone podtrzymuje mnie na duchu w trudnych chwilach. Kiedy sprawy toczą się zgodnie z naszymi marzeniami – to wspaniale, ale tak naprawdę powinniśmy być szczęśliwi kiedy napotykamy trudności, bo to one popychają nas do przodu.

W wygodnym, bezpiecznym, przewidywalnym życiu, w którym wszystko składa się jak dopasowane części układanki, najczęściej gnuśniejemy, obrastamy w piórka, rozleniwiamy się. Dobrze jest jak jest, sprawy są poukładane, zorganizowane, po prostu żyć nie umierać. Brakuje jednak czegoś – kombinowania, główkowania, dostosowywania się do sytuacji. Jakiś czas temu przeczytałam o badaniach naukowych nad inteligencją ludzi na przestrzeni stuleci. I wiecie co? Okazuje się, że w tej chwili populacja na Ziemi staje się coraz mniej inteligentna. Po prostu, zdobycze techniki, zamiast nam pomagać stawać się bardziej błyskotliwymi, powodują rozleniwienie i degradację. Jesteśmy statystycznie mniej pomysłowi niż nasi dziadkowie. Przypomina mi się taka anegdota. Spotyka się dwóch naukowców ds. kosmicznych: Amerykanin i Rosjanin. Amerykanin mówi: „Wiesz cały czas nie możemy opracować długopisu, który pisałby w kosmosie” (przypis: długopis aby działał potrzebuje grawitacji), a rosyjski naukowiec odpowiada: „Ale po co tracić czas, przecież można użyć ołówka”. To trudności, brak, niedostatek napędzają naszą wyobraźnię i pozwalają znaleźć najprostrze rozwiąznia.

Pewien bardzo mądry człowiek, którego opinie są dla mnie niezmiernie ważne, powiedział: jeżeli wszystko Wam się udaję w życiu, to dobrze, traktujcie to jak błogosławieństwo, ale kiedy w życiu pojawiają się problemy, wtedy naprawdę powinniście się cieszyć i być wdzięczni losowi, albo tym co byli sprawcami naszych kłopotów, bo właśnie w takiej sytuacji możecie się sprawdzić, nauczyć czegoś, zyskać doświadczenie, pójść do przodu. Przejście przez trudności, z podnienioną głową – to jest właśnie rozwój, zmienianie siebie, kształtowanie. Według mnie dotyczy to zarówno rozwoju technologicznego, jak i spraw czysto ludzkich.

haslo

Dlatego, kiedy w Waszym życiu pojawią się jakiekolwiek trudne momenty, spróbujcie nie narzekać, złożeczyć, denerwować się, tylko podziękujcie losowi, bądź też komukolwiek komu chcecie, weźcie się w garść i przejdźcie po prostu przez te dni, może nawet z lekkim uśmiechem. Nawet kiedy zdradza Was świat lub macie problemy z szefem, spróbujcie pomyśleć, że może wyjdzie to wszystko na dobre, bo rozstanie czy zmiana pracy, bez awantur, „darcia pierza”, na chłodno, na tyle ile jesteście w stanie, to może być dla Was szansa na coś lepszego, ciekawszego, zyskanie mądrości, nabranie dystansu do rzeczy, spraw błahych i nieistotnych. Spróbujcie. Ja tak próbuję i wiecie, … jest łatwiej. Mam więcej odwagi, nie boję się porażek, nie składam broni i próbuję.

Z czasem może okazać się, że te trudne chwile nie były takie straszne i skończyły się szybciej niż się zaczęły, bo nic nie trwa wiecznie, po każdej burzy pojawia się słońce.

I tak oto przy takich rozmyślaniach same ziściły się wegańskie placuszki z cukinii z gęstym sosem z czerwonej soczewicy:

img_4733

Składniki placuszki:

1 średnia cukinia

1 ząbek czosnku

3 łyżki mąki z ciecierzycy

2 łyżki mielonego siemienia lnianego

1 łyżka mąki pełnoziarnistej żytniej (lub pszennej, może też być orkiszowa)

1 -2 łyżki oliwy Extra Vergine

1 łyżeczka kurkumy

łyżka świeżego posiekanego tymianku (może być suszony)

składniki „sosik”:

1 szklanka nieugotowanej czerwonej soczewicy

1 cebulka mała lub większa jak lubicie więcej cebulki

1 szklanka wywaru warzywnego, ewentualnie woda

1 łyżeczka kurkumy

1 łyżeczka lub 2, kuminu (kmin rzymski)

sól, pieprz, ostra papryczka w płatkach

oliwa do smażenia

img_4730

Najpierw zabieramy się za „sosik”. W rondelku podsmażamy na złoto pokrojoną w kostkę cebulkę, wraz z ostrą papryczką (szczypta lub mniej) kminem i kurkumą, wrzucamy przepłukaną w wodzie, soczewicę i wlewamy wywar warzywny. Doprowadzamy do zagotowania i zmniejszamy płomień. Gotujemy, gotujemy i gotujemy. Jeżeli soczewica wchłonie cały płyn, a jeszcze jest twarda, dodajemy trochę wody (pół szklanki) i gotujemy, aż będzie papkowata. Solimy i pieprzymy do smaku.

Kiedy soczewica się gotuje, ścieramy na grubej tarce cukinię, i dodajemy do niej wszystkie suche składniki – mąkę z ciecierzycy, mielone siemie lniane, mąkę żytnią, kurkumę, sól, czarny pieprz, tymianek, a następnie posiekany ząbek czosnku i oliwę. Wszystko porządnie mieszamy, aż stanie się w miarę jednolitą masą. Smażymy na lekko natłuszczonej patelni.

Podajemy z naszym „sosikiem”. Smacznego i na zdrowie 😛

img_4738

Z pamiętnika sfrustrowanej urzędniczki

I znowu moje wczorajsze, wieczorne plany spaliły na panewce. Dlaczego? Przez zmęczenie, po pracy. Może stąd mój minorowy nastrój, wcale nie przez jesień. Chciałam przygotować kolejny wpis kulinarny, obrobić i wrzucić zdjęcia. No i … (jakby tu powiedzieć nie używając słów uważanych za wulgarne)… kiszka ziemniaczana. Dzisiaj, nie wiem czy bardziej ze złości na samą siebie, czy moją karmę, zaczęłam wyrzucać z siebie te słowa.

img_4686

Dziś rano, w drodze do kolejnego dnia w pracy, przejeżdżałam obok pięknie rozświetlonego porannym słońcem Pola Mokotowskiego. Pierwszą myślą było – przecież powinnam właśnie w tej chwili wysiąść i robić zdjęcia – światło, kolory cudowne, nastrój zdjęć niepowtarzalny. Ale jak, kiedy za 10 minut ósma, nawet czasu brak by cyknąć coś komórką. Co to za życie? Moje, tak jak i pewnie wielu osób, coraz częściej przypomina nowoczesne niewolnictwo.To co wypracujesz daje Ci tylko tyle, by przeżyć, przebiedować. Wkładasz w to, niestety tyle wysiłku, że osiągnięcie jakiejkolwiek zmiany nie jest możliwe. Dla mnie praca biurowa jest jedynie sposobem na rachunki, a fotografia moim od lat niespełnionym marzeniem. Pisanie dla Was, dla tej garstki, która chce mnie czytać, jest dla mnie światełkiem w tunelu, tym, co nie pozwala mi odwiesić aparatu na kołek.

„Staraj się, a wszystko Ci się uda””możesz””wszystko jest w Twoich rękach”. Internet i blogosfera pełne są wpisów w tym duchu. A jeżeli nic Ci się nie udaje, wszyscy twierdzą, że za mało się starałeś. Czyżby? Zbieg okoliczności to nic, obecność w odpowiednim miejscu i czasie, podjęcie dobrej decyzji. Nie zawsze „wina” jest nasza.

img_4710

Większość blogerów w sieci, chwali się swoimi sukcesami, o porażkach wpisów jest niewiele. Są niemodne? W złym guście? A przecież nasze życie, no, na pewno moje, składa się w większości z porażek. Ten wpis dedykuję tym wszystkim, którym nie udaje się pchnąć swojego życia do przodu.

Te wszystkie poradniki, jak się dokształcać, jak lepiej wykorzystać czas, jak czytać w drodze do/z pracy są w praktyce prawie nierealizowalne. Jak po całym dniu sprintu w pracy (5 dni w tygodniu, przez 52 tygodnie w roku) regularnie czytać, dokształcać się, doszkalać, pracować na siebie – kiedy oczy są zmęczone, kiedy umysłowy błysk wyparował, fizycznie ciało też nie daje rady, kiedy potrzebny jest reset i nicnierobienie. „Tylko 15 minut codziennie dla siebie zmieni Twoją przyszłość”  – ale jak często można wykrzesać ten czas, kiedy praca wyciąga z Ciebie wszystkie soki i padasz wchodząc za próg domu, a tam drugi etat, wiecie jaki. Naprawdę, podziwiam tych co na dłuższą metę, dają radę przezwyciężyć swoją słabość. Ja tak nie potrafię.

img_4693_1

 

Użalam się nad sobą? Może tak, ale powoli tracę nadzieję, że kiedyś wyjdę z biura i nigdy tam już nie wrócę. Jednak jest tyle osób, co mają po stokroć gorszą sytuację. O co mi chodzi? No właśnie, o co? Może nigdy nie zakończę kariery starszego referenta. Może. No i co, nic. Świat się nie skończy. Poświęcanie rodziny, przyjaciół, zdrowia nie są warte walki o ziszcanie marzeń, nie dla mnie, i … jak nie w tym życiu to w następnym, albo jeszcze później. Najważniejsza nie jestem ja i moje frustracje, ale to wszystko co jest poza mną, a sprawy niech płyną swoim tempem. Kiedyś może drzwi pootwierają się, a jak nie, to też dobrze.

img_4712

 

Na koniec, w ramach mobilizacji, powinnam wyznaczyć sobie zadanie: w ciągu tygodnia zrobię „to i to”, ale wiem, że życie z tygodnia zrobi miesiąc lub dwa, bo sami wiecie jak to jest, ale spróbuję:

w ciągu tygodnia pojawi się kolejny kulinarny wpis i chciałabym powoli fotograficznie kończyć mój ogrodniczo-uprawowy sezon.

I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszą audycję. Czuwaj!

img_4714

PS. Wpis ilustrowany jest zdjęciami z nieodległego, jesiennego pobytu na zaprzyjaźnionej działce.

Jarzębinowo mi, czyli 4 propozycje na wykorzystanie owoców jarzębiny

Takie piękne czerwone kuleczki. Prawda?

Nie dość, że śliczne, to jeszcze można je jeść. Jarzębina, czyli jarząb, można suszyć, zasypywać cukrem, robić na nim nalewki, wytrawne konfitury, wykorzystywać jako dodatek do dań i wypieków. Smak ma cierpki i dominujący, i najlepiej równoważyć go słodyczą cukru albo solą i mocnymi ziołami, np. rozmarynem.

Jarząb ma właściwości ściągające, przeciwzapalne na przewód pokarmowy, stosowany przy zaburzeniach trawienia i biegunkach z uwagi na lekkie właściwości zapierające oraz przy osłabieniu czynności nerek. Pesteczki znajdujące się w owocach zawierają amigdalinę, czyli witaminę B17, cenną przy terapii przeciwnowotworowej. To tylko kilka pzykładów z leczniczych właściwości jarzębiny.

Moimi dzisiejszymi porpozycjami chciałaby zainspirować Was do poszukiwania i eksperymentowania z tymi owockami.

Na początek po prostu jarzębina w cukrze.

Niektórzy twierdzą, że owoce najlepiej wcześniej przemrozić kilka godzin, by kwas parasorbowy rozłożył się w łatwiej przyswajalny kwas sorbowy, ale to samo dzieje się podczas gotowania, więc nie ma takiej potrzeby.

img_0008_1

Do rondla wrzucamy owoce jarzębiny i cukier w proporcji 2:1, i wiecie co, powiem wam jak przygotowuję moje konfitury, owoce zmieszane z cukrem po prostu wkładam do słoików, zakręcam i ustawiam na deskach w zimnym piekarniku. Nastawiam temperaturę, na początek na 130 stopni i 1,5 godziny od czasu osiągnięcia górnej temperatury. Owoce podczas pieczenia puszczają sok, jednocześnie nie rozpadając się. Jarzębina na dość suche owoce, dlatego nie zaszkodzi jeżeli do każdego słoika wlejemy jedną, dwie łyżki wody. Następnego dnia, słoiki najlepiej jeszcze pasteryzować w piekarniku przez godzinę w temperaturze 90 stopni.

Jarzębina w cukrze będzie świetnym dodatkiem do serów, i przeróżnych roślinnych burgerów.

 

img_4611

Kolejnym poziomem wtajemniczenia jest chutney jarzębinowo-gruszkowy .

składniki na dwa małe słoiczki:

2 słodkie gruszki, obrane i pokrojone w kostkę

2 łyżki owoców jarzębiny

4 łyżki octu jabłkowego

1/2 łyżki świeżego imbiru pokrojonego w cienkie plasterki

8 goździków

4 strączki kardamonu

2 łyżki cukru

2 łyżki wody

img_4620

Wszystkie składniki wrzucamy do rondelka, dusimy pod przykryciem przez godzinę, potem jeszcze gorący chutney przekładamy do czystych słoiczków. Następnego dnia radzę słoiczki pasteryzować przez 1,5 godziny, i jeszcze następnego przez godzinę. Dzięki temu słoiki zamkną się i będziemy mogli przechowywać je po prostu w spiżarni. Początkowo starałam się w ogóle nie dodawać cukru, niestety cierpkość jarzębiny za bardzo się wybijała i trzeba ją było zrównoważyć słodkością. Chutney świetnie pasuje do samosów – pieczonych pierożków warzywnych.

img_0006a

A teraz czas na foccacię z jarzębiną (zainspirowane przez „Dziką kuchnię” Łukasza Łuczaja). Tak przygotowana foccacia najbardziej pasuje jako dodatek do curry z dynią i tofu. Bazą jest ciasto do pizzy, według przepisu „Dwóch Łakomych Włochów” – według mnie najlepszy przepis jaki kiedykolwiek udało mi się wypróbować, jego sekret do długie wyrabianie.

Składniki na ciasto (3 placki): 8 dkg świeżych drożdży, 300 ml ciepłej wody, 500g mąki pszennej uniwersalnej (czasami jak mam fantazję mieszam 450g mąki uniwersalnej i 50 g mąki pełnoziarnistej) plus trochę do podsypania, 10g soli

Dodatki: garść owoców jarzębiny, kilka gałązek świeżego rozmarynu, dobra, gruba sól (np. z Guerande)

img_0018

Drożdże zalewamy ciepłą wodą, mieszamy i odstawiamy na 5-10 minut, by zaczęły pracować. W tym czasie przygotowujemy w misce 500 g mąki, zmieszanej z solą. Następnie powoli, wlewamy wodę z drożdżami do mąki, mieszamy i wyrabiamy przez kilka minut, jeżeli ciasto jest za mokre dodajemy ciutkę mąki, jak za suche kapkę wody. Odstawiamy następnie na 5-10 minut by ciasto odpoczęło, by potem energicznie wyrabiać przez conajmniej 10 minut na sprężyste ciasto o konsystencji plasteliny. Teraz odstawiamy na conajmniej godzinę do leciutko nagrzanego piekarnika, formując z ciasta trzy kule i przykrywając miskę z ciastem wilgotną ściereczką. Gdy ciasto wyrośnie formujemy trzy placki na papierze do pieczenia, układamy owoce jarzębiny, świeży rozmaryn i posypujemy gruboziarnistą solą. Pieczemy aż ciasto będzie odpowiednio zarumienione. Przypieczony spód najlepiej osiągnąć, zsuwając uformowane placki, razem z papierem, na którym leżą, na rozgrzaną blachę lub najlepiej kamień do pizzy.

Na koniec na słodko: suszona jarzębina w czekoladzie

składniki: gorzka czekolada, suszone owoce jarzębiny, gruba sól (np. z Guerande)

img_0002_2

Dojrzałe owoce jarzębiny układamy na suszarce do grzybów i suszymy. Topimy w kąpieli wodnej, 1-2 gorzkie czekolady. Dno płaskiego pojemnika wykładamy folią do żywności i wlewamy, lekko przestudzoną, stopioną czekoladę. Układamy owoce jarzębiny i posypujemy solą. Wstawiamy do lodówki na około 2 godziny, aż czekolada odpowiednio stężeje. Taka czekolada może być oryginalnym prezentem imieninowym.

 

 

Oriana Fallaci „Inszallah”

Dlaczego wojna tak fascynuje? To była główna myśl podczas lektury „Inszallah”. Zaznaczyć chcę, że nie miałam na myśli ekscytacji śmiercią, raczej relacjami, które powstają pomiędzy uczestnikami takich wydarzeń. Kiedy pozostajemy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, wszystko co nieistotne przestaje się liczyć. Świat staje się kontrastowy, ostrzejszy, wręcz czarno-biały – przeżyć, zjeść, przespać się – przetrwać kolejny dzień. Może dlatego ludzie ciągle i ciągle wracają do sytuacji ekstremalnych, gdy nie trzeba zajmować się trywialnościami dnia codziennego i niuansami powszedniości.

img_4636

Nieuchronność, karma, los, antyczne fatum. Nieważne jak byśmy kierowali naszym życiem, to co jest nam pisane i tak się wydarzy. Zgadzam się z takim przekazem Pani Fallaci, ale tylko do pewnego momentu. Jesteśmy, uważam, kowalami własnego losu. Wierzę, że możemy na niego wpływać, nawet poprzez maleńkie, mikroskopijne decyzje. Inaczej byłoby przerażająco, bo utracilibyśmy nadzieję na zmianę. A to podstawa, bo bez nadziei odechciewa się wszystkiego, wiem coś o tym. To nadzieja popycha nas do działania i daje siłę by wstać rano i zrobić coś innego, niezwykłego, a może nawet po raz tysięczny tego czegoś zwykłego.

„Inszallah” jest dla mnie pierwszą powieścią Oriany Fallaci. Konstrukcja nosi wiele cech greckiej tragedii (fatum postaci, konflikt – zderzenie dwóch przeciwstawnych światopoglądów, prowadzący do nieuniknionej katastrofy – potworne wydarzenia otwierające akcję, jednoosobowy chór komentujący wydarzenia). Po pierwszych, przerażających opisach, następuje uspokojenie – długie, dokładne przedstawienie bohaterów tragedii – żołnierzy włoskiego kontyngentu stacjonującego w pogrążonym konfliktem Bejrucie. Te fragmenty mogą wydać się monotonne i mało ciekawe, ale warto przedrzeć się przez te strony, bo wyjaśniają wiele kiedy, obserwujemy zachowanie i decyzje podejmowane przez bohaterów.

„Inszallah” coraz to połykała mnie i wypluwała. Wciągała, nie dając oderwać się, pochłaniałam strony gwałtownej akcji, by potem z uspokojeniem, zagłębić się w refleksjach autorki.

Lektura „Inszallah” to rodzaj katharsis – oczyszczenia, opowiedziana historia jeszcze długo wraca do mnie, nie pozwala o sobie zapomnieć.

img_4642

Wczoraj minęła 10. rocznica śmierci Oriany. Teraz czytam jej wstrząsającą, publicystyczną, „Siłę rozumu”.

ps. Po zakończeniu lektury „Inszallah” długo zbierałam się do napisania  o tej książce, moje wrażenia musiały dojrzeć, wyklarować się. Tutaj mój wpis kiedy zaczynałam ją czytać ==> link.