Miejski ogródek – podsumowanie 2016

Lubię bawić sie w ogródkową buchalterię i zawsze staram się zapisywać, trochę dla siebie trochę dla potomności, ile udało mi się zebrać z mojego mikro miejskiego ogródka. Trochę tego było, choć bywały lata lepsze, szczególnie jeśli chodzi o dynie i ziemniaki. Po plonach od razu widać, że w tym roku nie miałam zbyt dużo czasu czasu na doglądanie moich grządek, no i pewnie popełniłam kilka błędów. No trudno, ale próbuję dalej. Uprawę, tak jak całe swoje życie, trochę biorę „na żywioł” i „spontan”, bo w ogródku pracuję wtedy kiedy mam czas i siłę. Uda się to dobrze, nie, to trudno.

IMG_4458

  • fasolka szparagowa i mamut 3,5 kg (przepyszna – gotowana, z oliwą i prażonymi ziarnami słonecznika – „prezes”:-P)
  • sucha fasolka  0,5 kg (zimą jak znalazł do zupy czy pasztetów)

img_4667

  • pomidory 10,5 kg (jak zwykle mistrz, jak zwykle bez zarazy, bo używan EMy) to moje popisowe uprawy, słodziutkie; ostatnie, które dojrzewały już na oknie zjadane były pod koniec października; uprawiam różne odmiany, głównie średnie i małe, bo szybko dojrzewają, a nasiona zbieram sama z pomidorów, które kupuję w sklepie, lub zostawiam sobie z moich własnych
img_4626

to chyba kumato

IMG_0010_1a

  • cukinia ponad 5 kg (tutaj mogło być lepiej, ale zbyt późno sadzone)
  • dynia hokkaido 2 kg (zbyt późno sadzona)

img_4677

  • jabłka ponad 2 kg (jabłonka prowadzona na płasko przy ścianie budynku) to pierwsze znaczące zbiory z tego drzewka, w 2017 na nic nie liczę, bo ta jabłonka kwitnie co drugi rok
  • marchew prawie 3 kg (sprawdziła się uprawa w donicach, takie okrągłe marcheweczki jemy tak jak rzodkiewki, a kolorowe z ziemi fajnie wyglądają w potrawach)

IMG_0008

img_4466

  • czarna porzeczka i agrest, prawie 1 kg (tutaj w zbiorach pomogły mi chyba dzieci z sąsiedztwa 😉 )
  • jarmuż, burak liściowy, bietola w ilościach wystarczających na przygotowanie jedzenia raz na dwa tygodnie
  • ziemniaki uprawiane w donicach, na 3-4 obiady
  • zioła – tyle ile potrzeba na codzień i do ususzenia na zimę

img_0002a

IMG_4391a

  • około 15 główek czosnku (tutaj mi nie wyszło)
  • około pół szklanki jagody kamczackiej (fantastyczny słodko-cierpki smak) krzaczki mają już 3 lata i w tym roku liczę na większe ilości)
  • 1 ogromna fioletowa kalarepa 😉 ale za to jaka pyszna
img_4744

z donicy

  • sporo buraków, że i na przetwory wystarczyło

beet

  • dowolne ilości liści mniszka lekarskiego (na sałatkę i pesto)
  • plus prawie 1 kg bulw topinambura, który najchętniej wcinam na surowo (to co prawda z mojego poletka na zaprzyjaźnionej działce) cieszę się nawet z takiej ilości, bo wiosną 2016 moje uprawy topinambura zryło stadko dzików, i w ziemi zostało niewiele bulw

topinambur

Porażki 2016:

  • orzeszki ziemne – nasiona kupiłam dla draki i z ciekawości, ale w naszych okolicznościach klimatycznych raczej nic z dużych zbiorów 😉 albo nie do mojego ogródka
  • ziemniaki – dlaczego było ich tak mało, nie wiem, zauważyłam, że strasznie długo startowały, może to nie był dla mnie ziemniaczany rok, ale teraz będę kontynuować z uprawą donicową – i przetestuję metodę z 2 w 1 (czyli donica w donicy, ta w środku z powycinanymi otworami,żeby wyciągać ziemniory bez niszczenia roślin)
img_4634

idealne do zupy, razem ze skórką

Udanych plonów wszystkim.

Czuwaj!

 

Wegański „smalczyk” czyli dawanie radości

img_4796

powiedział Atiśa

Weź:  1,5 szklanki ugotowanej białej fasoli, pół dużej cebuli, pół winnego jabłka, trzy bulwy topinambura (opcjonalnie), dwie garście suszonego majeranku, sól, pieprz do smaku, łyżkę oleju kokosowego, 1 łyżkę oleju do smażenia, 2 średnie słoiki, kawałek płótna, ozdobny sznurek i masz gotowy wyjątkowy prezent dla bliskiej osoby,

bo szczęście oparte na szczodrości i dawaniu jest jednym z najpiękniejszych doświadczeń jakie może dać nam życie. Kiedy bezinteresownie mogę sprawić komuś przyjemność, podzielić się zrobionymi własnoręcznie przetworami, podarować drobiazg, o którym ktoś marzy, dla mnie jest to najpiękniejsza chwila. Ofiarowanie obrazka z własnoręcznie wykaligrafowanym, inspirującym hasłem też może być cudownym gestem.

Szczodrość poświęconego czasu, uwagi, zainteresowania, ponad szczodrością pieniędzy. Zawsze wolałam ofiarowywać tego rodzaju prezenty. Kilka wspólnych chwil, niespodzianka w postaci posprzątanego ogródka, nieoczekiwana wizyta z pizzą – czyż takie prezenty nie są dla nas najmilsze? „Najwyższą Szczodrością jest Dawanie Radości” – powiedziane przez Atiśię, średniowiecznego, indyjskiego mistrza i uczonego, te słowa inspirują mnie i nakręcają do podejmowania wysiłku.

Jak już pewnie zauważyliście, jestem zwolenniczką drobnych kroków i czynów, ponad ogromnymi skokami i rewolucjami. Tutaj też drobiazgi mogą mieć znaczenie, i na zbliżający się Dzień Babci i Dzień Dziadka, przekażę ważną dla mnie myśl,  pamiętajcie o malutkich, codziennych czynach, to one dają szczęście nam i naszym bliskim.

img_4814

Samo przygotowanie „smalczyku” jest dość proste. Cebulę , topinambur (obrany) i jabłko (ze skórką, co dodaje trochę koloru i faktury) kroimy w drobną kosteczkę (do pół cm). Na patelence rozgrzewamy masło kokosowe i olej, wrzucamy cebulę i smażymy przez około 5 minut, na wolnym ogniu, często mieszając, potem dodajemy jabłko i topinambur i garść suszonego majeranku. Smażymy, znowu często mieszając, i znowu na wolnym ogniu, i jeszcze przez 5-10 minut, aż cebulka będzie złoto-brązowa (pamiętacie utwór The Stranglers o tym tytule? Muzyka przepiękna, ale tekst o zdarzeniach zupełnie nieadekwatnych do tego wpisu). Podczas smażenia cebulki, miksujemy fasolę w malakserze, albo innym robocie kuchennym, na gładką lub mniej gładką masę. Podczas miksowania dodajemy pozostałą część majeranku, sól, pierz do smaku. Kiedy podsmażone składniki trochę przestygną, mieszamy je ze zmiksowaną fasolą. Przekładamy do słoików i gotowe. Jemy, mniam, można z chrzanem lub musztardą, na chlebie lub plasterku surowego topinambura. W lodówce przechowujemy przez kilka dni.

img_4824

Jak zamierzam wytrwać w noworocznych postanowieniach

Pierwszy tydzień stycznia. Sylwestrowe brokaty już opadają, zabawy cichną i wracamy do normalnego życia. W pierwszych dniach nowego roku w przestrzeni dominuje temat celów,  postanowień. Zastanawiałam się ilu z nas udaje się zrealizować noworoczne deklaracje.

Osobiście raczej nigdy nie wiązałam żadnych swoich postanowień ze zmianą daty w kalendarzu, były to raczej decyzje stopniowe, które dojrzewały w czasie, by osiągnąć ciężar gatunkowy i pojawić się. Gorzej mam zawsze z trzymaniem się tych deklaracji. Tutaj chyba nie jestem wyjątkiem. Wiele z ambitnych zamierzeń rozmywało się w realiach dnia codziennego, żeby nie powiedzieć otwarcie, w lenistwie. Może i dla mnie przyszedł moment, żeby podnieść rękawicę i postawić sobie cele, które chciałabym w 2017 roku zrealizować. Kilka z nich jest na pewno dość ogólnych i wydawałoby się łatwych do realizacji, ale nawet nr 5 „być cierpliwa” może być dość karkołomne by tego dotrzymać.

 

W każdym razie będę się starać  i mam kilka pomysłów, co mogłoby mi w tym pomóc.

  • Wielkie zmiany składają się z małych kroczków, dlatego działać powoli ale do przodu. Jeżeli obieramy za cel trudny problem, np. więcej ruchu, może zacząć od pokonywania na piechotę, zamiast windą, jednego piętra, potem dwóch, itd. Z czasem drobne decyzje doprowadzą nas do czegoś dużego i znaczącego.
  • Nie porzucać celu pomimo niepowodzenia w trakcie roku.”Nie od razu Rzym zbudowano”
  • Codziennie widzieć to co postanowiałam (karteczki na widoku), by pomogło mi trwać.

postanowienie

Chętnie poznam Wasze doświadczenia z dotrzymywaniem noworocznych postanowień.

Pozdrawiam Wszystkich i trzymam kciuki za Was i za siebie. Czuwaj!

PS. Zapomniałam o najważniejszym postanowieniu – KOŃCZYĆ TO, CO ZACZYNAM ! Dla mnie to chyba najważniejsze.

 

Żeby tak czas zwolnił

Dni, tygodnie, lata pędzące i numery zmieniające się coraz szybciej, to temat pojawiający się coraz częściej w rozmowach. Chwile podobne, jedne do drugich przygnębiają nas.

Często słyszę w rozmowach: „jak byłem dzieckiem czas mi się dłużył, a teraz nawet się nie obejrzę kiedy minie kolejny rok”. Wstajemy, jazda do pracy, praca, powrót, trochę rutynowych zajęć, i noc. I dzień kolejny i kolejny, a weekendy kończą się szybciej niż się zaczęły. Znacie to?

Jeżeli nie, to jesteście szczęściarzami, a jeśli tak, to przeczytajcie jak ja sobie radzę z coraz szybciej płynącym czasem. Rozwiązaniem jest – złamanie rutyny i aktywność.

czerwony-kapturek

Zimowe wędrówki po górach są bajeczne.

To proste rozwiązanie odkryłam kilka lat temu, kiedy dwa tygodnie wakacji, spędzone w kilku różnych miejscach, połączone z intensywnością przeżyć, subiektywnie wydłużyły kanikułę prawie dwukrotnie. Po powrocie do pracy w biurowych rozmowach słyszałam tylko: „mój urlop tak szybko minął, to były tylko dwa tygodnie”. Nie mogłam wtedy wyjść ze zdziwienia, bo moje dwa tygodnie trawły naprarawdę niesamowicie długo. Ale dlaczego? Codziennie praktycznie robiliśmy co innego, inne miejsca, ludzie, aktywności. A to wywróciliśmy żaglówkę, a to zwiedzaliśmy Berlin czy Rzym, a to wylegiwaliśmy się nad basenem. I wszystko w te same dwa tygodnie. I co najważniejsze wszystko w granicach naszych skromnych możiwości budżetowych, a w porównaniu do wykupionych wczasów to było „tanio i okazja”.

Kilkudniowa wędrówka po polskich górach też jest fascynująca

Wtedy zrozumiałam, to jest to. Ciągłe powtarzanie czynności, rytuał codzienności wpływają na odczucie szybkiego przemijania czasu, a im więcej różnorodnych aktywności podejmujemy tym bardziej nasze życie „wydłuża się”. Różnorodne aktywności wzbogacają nasze życie, stawiają kropki w zdaniach naszych dni i możemy łatwiej namierzyć je w czasoprzestrzeni.

las2

las1

Wystarczy kilka godzin w samochodzie by zobaczyć w Polsce takie cuda.

Sami sprawdźcie. Wyjazd na weekend połączony z wędrówką po górach, kajakami czy wyprawą rowerową spowoduje, że odpoczniecie, złapiecie wiatr w żagle, a czas „wydłuży się” i te dwa dni mogą wydać się nawet tygodniem.

img_4433

Weekend za miastem bardzo pomaga.

Taka sama reguła odnosi się do czasu „po pracy”. Im bardziej aktywnie spędzam czas wieczorami, tym bardziej czas spowalnia. I wcale nie myślę tu o drogich rozwiązaniach, bo wystarczy mi uczenie się nowych rzeczy np. kaligrafii, rysunku, lub przygotowanie własnoręczne ozdób  choinkowych, etykiet do prezentów, i wszystko z dala od komputera – to znany zjadacz czasu.

nazwa001a

Kaligrafia jest jedną z możliwych aktywności „po pracy” i nie wymaga dużych inwestycji.

Ciekawa jestem czy Wy też macie podobne doświadczenia z czasem. Chętnie je poznam.

Pozdrawiam serdecznie i Pomyślnego Aktywnego Nowego Roku zyczenia001a

 

Rozważania przy wegańskich cukiniowych plackach

Rozwój pojawia się poza bezpieczną strefą” – to hasło widzę gdy codziennie siadam przy moim biurowym stanowisku pracy. Wydrukowane, powieszone podtrzymuje mnie na duchu w trudnych chwilach. Kiedy sprawy toczą się zgodnie z naszymi marzeniami – to wspaniale, ale tak naprawdę powinniśmy być szczęśliwi kiedy napotykamy trudności, bo to one popychają nas do przodu.

W wygodnym, bezpiecznym, przewidywalnym życiu, w którym wszystko składa się jak dopasowane części układanki, najczęściej gnuśniejemy, obrastamy w piórka, rozleniwiamy się. Dobrze jest jak jest, sprawy są poukładane, zorganizowane, po prostu żyć nie umierać. Brakuje jednak czegoś – kombinowania, główkowania, dostosowywania się do sytuacji. Jakiś czas temu przeczytałam o badaniach naukowych nad inteligencją ludzi na przestrzeni stuleci. I wiecie co? Okazuje się, że w tej chwili populacja na Ziemi staje się coraz mniej inteligentna. Po prostu, zdobycze techniki, zamiast nam pomagać stawać się bardziej błyskotliwymi, powodują rozleniwienie i degradację. Jesteśmy statystycznie mniej pomysłowi niż nasi dziadkowie. Przypomina mi się taka anegdota. Spotyka się dwóch naukowców ds. kosmicznych: Amerykanin i Rosjanin. Amerykanin mówi: „Wiesz cały czas nie możemy opracować długopisu, który pisałby w kosmosie” (przypis: długopis aby działał potrzebuje grawitacji), a rosyjski naukowiec odpowiada: „Ale po co tracić czas, przecież można użyć ołówka”. To trudności, brak, niedostatek napędzają naszą wyobraźnię i pozwalają znaleźć najprostrze rozwiąznia.

Pewien bardzo mądry człowiek, którego opinie są dla mnie niezmiernie ważne, powiedział: jeżeli wszystko Wam się udaję w życiu, to dobrze, traktujcie to jak błogosławieństwo, ale kiedy w życiu pojawiają się problemy, wtedy naprawdę powinniście się cieszyć i być wdzięczni losowi, albo tym co byli sprawcami naszych kłopotów, bo właśnie w takiej sytuacji możecie się sprawdzić, nauczyć czegoś, zyskać doświadczenie, pójść do przodu. Przejście przez trudności, z podnienioną głową – to jest właśnie rozwój, zmienianie siebie, kształtowanie. Według mnie dotyczy to zarówno rozwoju technologicznego, jak i spraw czysto ludzkich.

haslo

Dlatego, kiedy w Waszym życiu pojawią się jakiekolwiek trudne momenty, spróbujcie nie narzekać, złożeczyć, denerwować się, tylko podziękujcie losowi, bądź też komukolwiek komu chcecie, weźcie się w garść i przejdźcie po prostu przez te dni, może nawet z lekkim uśmiechem. Nawet kiedy zdradza Was świat lub macie problemy z szefem, spróbujcie pomyśleć, że może wyjdzie to wszystko na dobre, bo rozstanie czy zmiana pracy, bez awantur, „darcia pierza”, na chłodno, na tyle ile jesteście w stanie, to może być dla Was szansa na coś lepszego, ciekawszego, zyskanie mądrości, nabranie dystansu do rzeczy, spraw błahych i nieistotnych. Spróbujcie. Ja tak próbuję i wiecie, … jest łatwiej. Mam więcej odwagi, nie boję się porażek, nie składam broni i próbuję.

Z czasem może okazać się, że te trudne chwile nie były takie straszne i skończyły się szybciej niż się zaczęły, bo nic nie trwa wiecznie, po każdej burzy pojawia się słońce.

I tak oto przy takich rozmyślaniach same ziściły się wegańskie placuszki z cukinii z gęstym sosem z czerwonej soczewicy:

img_4733

Składniki placuszki:

1 średnia cukinia

1 ząbek czosnku

3 łyżki mąki z ciecierzycy

2 łyżki mielonego siemienia lnianego

1 łyżka mąki pełnoziarnistej żytniej (lub pszennej, może też być orkiszowa)

1 -2 łyżki oliwy Extra Vergine

1 łyżeczka kurkumy

łyżka świeżego posiekanego tymianku (może być suszony)

składniki „sosik”:

1 szklanka nieugotowanej czerwonej soczewicy

1 cebulka mała lub większa jak lubicie więcej cebulki

1 szklanka wywaru warzywnego, ewentualnie woda

1 łyżeczka kurkumy

1 łyżeczka lub 2, kuminu (kmin rzymski)

sól, pieprz, ostra papryczka w płatkach

oliwa do smażenia

img_4730

Najpierw zabieramy się za „sosik”. W rondelku podsmażamy na złoto pokrojoną w kostkę cebulkę, wraz z ostrą papryczką (szczypta lub mniej) kminem i kurkumą, wrzucamy przepłukaną w wodzie, soczewicę i wlewamy wywar warzywny. Doprowadzamy do zagotowania i zmniejszamy płomień. Gotujemy, gotujemy i gotujemy. Jeżeli soczewica wchłonie cały płyn, a jeszcze jest twarda, dodajemy trochę wody (pół szklanki) i gotujemy, aż będzie papkowata. Solimy i pieprzymy do smaku.

Kiedy soczewica się gotuje, ścieramy na grubej tarce cukinię, i dodajemy do niej wszystkie suche składniki – mąkę z ciecierzycy, mielone siemie lniane, mąkę żytnią, kurkumę, sól, czarny pieprz, tymianek, a następnie posiekany ząbek czosnku i oliwę. Wszystko porządnie mieszamy, aż stanie się w miarę jednolitą masą. Smażymy na lekko natłuszczonej patelni.

Podajemy z naszym „sosikiem”. Smacznego i na zdrowie 😛

img_4738

Z pamiętnika sfrustrowanej urzędniczki

I znowu moje wczorajsze, wieczorne plany spaliły na panewce. Dlaczego? Przez zmęczenie, po pracy. Może stąd mój minorowy nastrój, wcale nie przez jesień. Chciałam przygotować kolejny wpis kulinarny, obrobić i wrzucić zdjęcia. No i … (jakby tu powiedzieć nie używając słów uważanych za wulgarne)… kiszka ziemniaczana. Dzisiaj, nie wiem czy bardziej ze złości na samą siebie, czy moją karmę, zaczęłam wyrzucać z siebie te słowa.

img_4686

Dziś rano, w drodze do kolejnego dnia w pracy, przejeżdżałam obok pięknie rozświetlonego porannym słońcem Pola Mokotowskiego. Pierwszą myślą było – przecież powinnam właśnie w tej chwili wysiąść i robić zdjęcia – światło, kolory cudowne, nastrój zdjęć niepowtarzalny. Ale jak, kiedy za 10 minut ósma, nawet czasu brak by cyknąć coś komórką. Co to za życie? Moje, tak jak i pewnie wielu osób, coraz częściej przypomina nowoczesne niewolnictwo.To co wypracujesz daje Ci tylko tyle, by przeżyć, przebiedować. Wkładasz w to, niestety tyle wysiłku, że osiągnięcie jakiejkolwiek zmiany nie jest możliwe. Dla mnie praca biurowa jest jedynie sposobem na rachunki, a fotografia moim od lat niespełnionym marzeniem. Pisanie dla Was, dla tej garstki, która chce mnie czytać, jest dla mnie światełkiem w tunelu, tym, co nie pozwala mi odwiesić aparatu na kołek.

„Staraj się, a wszystko Ci się uda””możesz””wszystko jest w Twoich rękach”. Internet i blogosfera pełne są wpisów w tym duchu. A jeżeli nic Ci się nie udaje, wszyscy twierdzą, że za mało się starałeś. Czyżby? Zbieg okoliczności to nic, obecność w odpowiednim miejscu i czasie, podjęcie dobrej decyzji. Nie zawsze „wina” jest nasza.

img_4710

Większość blogerów w sieci, chwali się swoimi sukcesami, o porażkach wpisów jest niewiele. Są niemodne? W złym guście? A przecież nasze życie, no, na pewno moje, składa się w większości z porażek. Ten wpis dedykuję tym wszystkim, którym nie udaje się pchnąć swojego życia do przodu.

Te wszystkie poradniki, jak się dokształcać, jak lepiej wykorzystać czas, jak czytać w drodze do/z pracy są w praktyce prawie nierealizowalne. Jak po całym dniu sprintu w pracy (5 dni w tygodniu, przez 52 tygodnie w roku) regularnie czytać, dokształcać się, doszkalać, pracować na siebie – kiedy oczy są zmęczone, kiedy umysłowy błysk wyparował, fizycznie ciało też nie daje rady, kiedy potrzebny jest reset i nicnierobienie. „Tylko 15 minut codziennie dla siebie zmieni Twoją przyszłość”  – ale jak często można wykrzesać ten czas, kiedy praca wyciąga z Ciebie wszystkie soki i padasz wchodząc za próg domu, a tam drugi etat, wiecie jaki. Naprawdę, podziwiam tych co na dłuższą metę, dają radę przezwyciężyć swoją słabość. Ja tak nie potrafię.

img_4693_1

 

Użalam się nad sobą? Może tak, ale powoli tracę nadzieję, że kiedyś wyjdę z biura i nigdy tam już nie wrócę. Jednak jest tyle osób, co mają po stokroć gorszą sytuację. O co mi chodzi? No właśnie, o co? Może nigdy nie zakończę kariery starszego referenta. Może. No i co, nic. Świat się nie skończy. Poświęcanie rodziny, przyjaciół, zdrowia nie są warte walki o ziszcanie marzeń, nie dla mnie, i … jak nie w tym życiu to w następnym, albo jeszcze później. Najważniejsza nie jestem ja i moje frustracje, ale to wszystko co jest poza mną, a sprawy niech płyną swoim tempem. Kiedyś może drzwi pootwierają się, a jak nie, to też dobrze.

img_4712

 

Na koniec, w ramach mobilizacji, powinnam wyznaczyć sobie zadanie: w ciągu tygodnia zrobię „to i to”, ale wiem, że życie z tygodnia zrobi miesiąc lub dwa, bo sami wiecie jak to jest, ale spróbuję:

w ciągu tygodnia pojawi się kolejny kulinarny wpis i chciałabym powoli fotograficznie kończyć mój ogrodniczo-uprawowy sezon.

I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszą audycję. Czuwaj!

img_4714

PS. Wpis ilustrowany jest zdjęciami z nieodległego, jesiennego pobytu na zaprzyjaźnionej działce.

Jarzębinowo mi, czyli 4 propozycje na wykorzystanie owoców jarzębiny

Takie piękne czerwone kuleczki. Prawda?

Nie dość, że śliczne, to jeszcze można je jeść. Jarzębina, czyli jarząb, można suszyć, zasypywać cukrem, robić na nim nalewki, wytrawne konfitury, wykorzystywać jako dodatek do dań i wypieków. Smak ma cierpki i dominujący, i najlepiej równoważyć go słodyczą cukru albo solą i mocnymi ziołami, np. rozmarynem.

Jarząb ma właściwości ściągające, przeciwzapalne na przewód pokarmowy, stosowany przy zaburzeniach trawienia i biegunkach z uwagi na lekkie właściwości zapierające oraz przy osłabieniu czynności nerek. Pesteczki znajdujące się w owocach zawierają amigdalinę, czyli witaminę B17, cenną przy terapii przeciwnowotworowej. To tylko kilka pzykładów z leczniczych właściwości jarzębiny.

Moimi dzisiejszymi porpozycjami chciałaby zainspirować Was do poszukiwania i eksperymentowania z tymi owockami.

Na początek po prostu jarzębina w cukrze.

Niektórzy twierdzą, że owoce najlepiej wcześniej przemrozić kilka godzin, by kwas parasorbowy rozłożył się w łatwiej przyswajalny kwas sorbowy, ale to samo dzieje się podczas gotowania, więc nie ma takiej potrzeby.

img_0008_1

Do rondla wrzucamy owoce jarzębiny i cukier w proporcji 2:1, i wiecie co, powiem wam jak przygotowuję moje konfitury, owoce zmieszane z cukrem po prostu wkładam do słoików, zakręcam i ustawiam na deskach w zimnym piekarniku. Nastawiam temperaturę, na początek na 130 stopni i 1,5 godziny od czasu osiągnięcia górnej temperatury. Owoce podczas pieczenia puszczają sok, jednocześnie nie rozpadając się. Jarzębina na dość suche owoce, dlatego nie zaszkodzi jeżeli do każdego słoika wlejemy jedną, dwie łyżki wody. Następnego dnia, słoiki najlepiej jeszcze pasteryzować w piekarniku przez godzinę w temperaturze 90 stopni.

Jarzębina w cukrze będzie świetnym dodatkiem do serów, i przeróżnych roślinnych burgerów.

 

img_4611

Kolejnym poziomem wtajemniczenia jest chutney jarzębinowo-gruszkowy .

składniki na dwa małe słoiczki:

2 słodkie gruszki, obrane i pokrojone w kostkę

2 łyżki owoców jarzębiny

4 łyżki octu jabłkowego

1/2 łyżki świeżego imbiru pokrojonego w cienkie plasterki

8 goździków

4 strączki kardamonu

2 łyżki cukru

2 łyżki wody

img_4620

Wszystkie składniki wrzucamy do rondelka, dusimy pod przykryciem przez godzinę, potem jeszcze gorący chutney przekładamy do czystych słoiczków. Następnego dnia radzę słoiczki pasteryzować przez 1,5 godziny, i jeszcze następnego przez godzinę. Dzięki temu słoiki zamkną się i będziemy mogli przechowywać je po prostu w spiżarni. Początkowo starałam się w ogóle nie dodawać cukru, niestety cierpkość jarzębiny za bardzo się wybijała i trzeba ją było zrównoważyć słodkością. Chutney świetnie pasuje do samosów – pieczonych pierożków warzywnych.

img_0006a

A teraz czas na foccacię z jarzębiną (zainspirowane przez „Dziką kuchnię” Łukasza Łuczaja). Tak przygotowana foccacia najbardziej pasuje jako dodatek do curry z dynią i tofu. Bazą jest ciasto do pizzy, według przepisu „Dwóch Łakomych Włochów” – według mnie najlepszy przepis jaki kiedykolwiek udało mi się wypróbować, jego sekret do długie wyrabianie.

Składniki na ciasto (3 placki): 8 dkg świeżych drożdży, 300 ml ciepłej wody, 500g mąki pszennej uniwersalnej (czasami jak mam fantazję mieszam 450g mąki uniwersalnej i 50 g mąki pełnoziarnistej) plus trochę do podsypania, 10g soli

Dodatki: garść owoców jarzębiny, kilka gałązek świeżego rozmarynu, dobra, gruba sól (np. z Guerande)

img_0018

Drożdże zalewamy ciepłą wodą, mieszamy i odstawiamy na 5-10 minut, by zaczęły pracować. W tym czasie przygotowujemy w misce 500 g mąki, zmieszanej z solą. Następnie powoli, wlewamy wodę z drożdżami do mąki, mieszamy i wyrabiamy przez kilka minut, jeżeli ciasto jest za mokre dodajemy ciutkę mąki, jak za suche kapkę wody. Odstawiamy następnie na 5-10 minut by ciasto odpoczęło, by potem energicznie wyrabiać przez conajmniej 10 minut na sprężyste ciasto o konsystencji plasteliny. Teraz odstawiamy na conajmniej godzinę do leciutko nagrzanego piekarnika, formując z ciasta trzy kule i przykrywając miskę z ciastem wilgotną ściereczką. Gdy ciasto wyrośnie formujemy trzy placki na papierze do pieczenia, układamy owoce jarzębiny, świeży rozmaryn i posypujemy gruboziarnistą solą. Pieczemy aż ciasto będzie odpowiednio zarumienione. Przypieczony spód najlepiej osiągnąć, zsuwając uformowane placki, razem z papierem, na którym leżą, na rozgrzaną blachę lub najlepiej kamień do pizzy.

Na koniec na słodko: suszona jarzębina w czekoladzie

składniki: gorzka czekolada, suszone owoce jarzębiny, gruba sól (np. z Guerande)

img_0002_2

Dojrzałe owoce jarzębiny układamy na suszarce do grzybów i suszymy. Topimy w kąpieli wodnej, 1-2 gorzkie czekolady. Dno płaskiego pojemnika wykładamy folią do żywności i wlewamy, lekko przestudzoną, stopioną czekoladę. Układamy owoce jarzębiny i posypujemy solą. Wstawiamy do lodówki na około 2 godziny, aż czekolada odpowiednio stężeje. Taka czekolada może być oryginalnym prezentem imieninowym.

 

 

Oriana Fallaci „Inszallah”

Dlaczego wojna tak fascynuje? To była główna myśl podczas lektury „Inszallah”. Zaznaczyć chcę, że nie miałam na myśli ekscytacji śmiercią, raczej relacjami, które powstają pomiędzy uczestnikami takich wydarzeń. Kiedy pozostajemy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, wszystko co nieistotne przestaje się liczyć. Świat staje się kontrastowy, ostrzejszy, wręcz czarno-biały – przeżyć, zjeść, przespać się – przetrwać kolejny dzień. Może dlatego ludzie ciągle i ciągle wracają do sytuacji ekstremalnych, gdy nie trzeba zajmować się trywialnościami dnia codziennego i niuansami powszedniości.

img_4636

Nieuchronność, karma, los, antyczne fatum. Nieważne jak byśmy kierowali naszym życiem, to co jest nam pisane i tak się wydarzy. Zgadzam się z takim przekazem Pani Fallaci, ale tylko do pewnego momentu. Jesteśmy, uważam, kowalami własnego losu. Wierzę, że możemy na niego wpływać, nawet poprzez maleńkie, mikroskopijne decyzje. Inaczej byłoby przerażająco, bo utracilibyśmy nadzieję na zmianę. A to podstawa, bo bez nadziei odechciewa się wszystkiego, wiem coś o tym. To nadzieja popycha nas do działania i daje siłę by wstać rano i zrobić coś innego, niezwykłego, a może nawet po raz tysięczny tego czegoś zwykłego.

„Inszallah” jest dla mnie pierwszą powieścią Oriany Fallaci. Konstrukcja nosi wiele cech greckiej tragedii (fatum postaci, konflikt – zderzenie dwóch przeciwstawnych światopoglądów, prowadzący do nieuniknionej katastrofy – potworne wydarzenia otwierające akcję, jednoosobowy chór komentujący wydarzenia). Po pierwszych, przerażających opisach, następuje uspokojenie – długie, dokładne przedstawienie bohaterów tragedii – żołnierzy włoskiego kontyngentu stacjonującego w pogrążonym konfliktem Bejrucie. Te fragmenty mogą wydać się monotonne i mało ciekawe, ale warto przedrzeć się przez te strony, bo wyjaśniają wiele kiedy, obserwujemy zachowanie i decyzje podejmowane przez bohaterów.

„Inszallah” coraz to połykała mnie i wypluwała. Wciągała, nie dając oderwać się, pochłaniałam strony gwałtownej akcji, by potem z uspokojeniem, zagłębić się w refleksjach autorki.

Lektura „Inszallah” to rodzaj katharsis – oczyszczenia, opowiedziana historia jeszcze długo wraca do mnie, nie pozwala o sobie zapomnieć.

img_4642

Wczoraj minęła 10. rocznica śmierci Oriany. Teraz czytam jej wstrząsającą, publicystyczną, „Siłę rozumu”.

ps. Po zakończeniu lektury „Inszallah” długo zbierałam się do napisania  o tej książce, moje wrażenia musiały dojrzeć, wyklarować się. Tutaj mój wpis kiedy zaczynałam ją czytać ==> link.

6 dni na Głównym Szlaku Beskidzkim

Czerwony, Główny Szlak Beskidzki – w tym roku rzucił nam wyzwanie. Codzienny marsz po górach, z całym dobytkiem na grzbiecie i 200 km w górę i w dół – to był nasz plan na drugą połowę sierpnia, czyli dwa tygodnie, a przynajmniej 10 dni. Planowanie sobie, a życie sobie, bo tych 10 skurczyło się do dni sześciu. Kontuzje oraz młodzieńczy bunt – oto dwa główne powody skrócenia pobytu w Beskidach.

DSC_0239

Główny Szlak Beskidzki – Czerwony, okolice Hali Miziowej

Łącznie daliśmy radę 85 kilometrom po górach.

Doświadczenie wspaniałe. Jesteś tylko tu i teraz, walcząc z własną słabością. Nie pozwalasz sobie na marudzenie i narzekanie, bo to nic nie da, może tylko popsuć atmosferę w twojej „bandzie”. Zostają jedynie sprawy najważniejsze: woda, jedzenie, nocleg, odpoczynek, przejść, dotrwać. No i jest przyroda. Wszystko inne nie ma znaczenia, ubranie, błoto, fryzura. Widzimy tylko nasze uśmiechy. Idziemy z „bananami” na ustach, rozglądając się dookoła i gapiąc jakbyśmy po raz pierwszy byli w górach.

Tygodniowa wyprawa w góry nie jest rzeczą łatwą. Trasę trzeba wcześniej, z głową, zaplanować. Taki intensywny pobyt w górach to przede wszystkim o dobre, dobre i jeszcze raz dobre buty. Na twardej podeszwie, za kostkę i wodoodporne, bo nawet w niskich Beskidach, latem, na waszej drodze będą kamieniste podejścia, przeprawa przez strumienie i zabagnione łąki, skoki przez ogromne kałuże, przejście przez halę porośniętą wysoką trawą, zejścia po śliskich wilgotnych skałach i strome, gliniaste ścieżki. Po deszczach, szlakami zaczynają płynąć potoki. W trawach mieszkają sobie żmije zygzakowate, dlatego wysokie turystyczne buty to podstawa wędrówki. Polecam również żelowe wkładki, które przy wielodniowym marszu zwiększą amortyzację naszych kroków.

Po drugie: w plecaku niech będzie tylko to, co jest niezbędne. Wszystko co zabierzecie z domu trzeba będzie nosić na własnych barkach. Na wyprawę nie zabrałam dlatego mojej ciężkiej lustrzanki (choć długo się nad tym zastanawiałam, ale wierzcie, przy wielogodzinnym marszu nie ma czasu na wielokrotne postoje i wycyzelowane zdjęcia). Zdęjcia w tym wpisie zrobione zostały tylko telefonem, wybaczcie proszę ich jakość. Książkę, którą w końcu postanowiłam zabrać, zostawiłam w którymś kolejnym schronisku – dodatkowy ciężar, a po kolacji po prostu zasypiałam nie przeczytawszy ani słowa. Książkę, po prostu kupię ponownie.

2016-08-21-21-13-58

Rysianka – Hala Miziowa, maszerujemy z całym dobytkiem

Po trzecie zaopatrzcie się w zdrowe, wysoko energetyczne przekąski – zdrowe batony, orzechy, rodzynki, daktyle i inne suszone owoce i dodatkowo w dobrze przyswajalne witaminy – magnez, potas, wapń, witaminy B kompleks, witamina C. Miejcie zawsze dużo wody. Waszym nogom będzie potrzebne dużo plastrów i talk.

Po czwarte dieta ściśle wegetariańska na szlaku nie jest możliwa, chyba, że codziennie jesteście w stanie jeść  pierogi lub naleśniki, albo niesiecie całe swoje jedzenie na własnych plecach. I tutaj moja odezwa do ajentów i właścicieli schronisk –  MY WEGETARIANIE, PROSIMY O WIĘCEJ DAŃ BEZMIĘSNYCH, I NIE MĄCZNYCH !!! ( w przygotowaniu jest wpis z moimi propozycjami na dania wegetariańskie na szlaku)

2016-08-19-17-19-28

po drodze można się żywić jeżynami i jagodami, w ogromnych ilościach

Na koniec zawsze pilnujcie się szlaku, jeżeli nie widzicie oznaczeń przez kilka minut cofnijcie się do miejsca, gdzie było ostatnie oznaczenie. Zawsze trzymajcie się wyznaczonego szlaku, jeżeli droga jest zamknięta przez ścinkę drzew, oznacza to, że przejście szlakiem jest fizycznie niemożliwe. Idźcie obejściem, i tutaj też uważajcie na oznaczenia – nie są często tak dobre jak prawdziwy szlak.

A teraz opis naszej wyprawy – dzień po dniu:

Dzień 1.: Ustroń – Ustroń Zdrój – Równica – Ustroń Polana – Wielka Czantoria – Soszów (start 12.00 – meta 19.00) – 17 km

Z pociągu wysiedliśmy omyłkowo na stacji Ustroń – dawnym początku Głównego Szlaku Beskidzkiego. Choć nie mieliśmy tego w planie, na ulicy Daszyńskiego, przeszliśmy obok znanego dębu „Sobieskiego” zasadzonego przez mieszkańców na pamiątkę przejścia przez Ustroń wojsk króla Jana III Sobieskiego, idących na odsiecz Wiedniowi.

Ze stacji Ustroń do punktu początkowego GSB – stacji Ustroń Zdrój, musieliśmy dojść około 1,5 km. Tutaj pojawiły się już biało-czerwono-białe oznaczenia szlaku, które prowadziły do pierwszego punktu – schroniska na Równicy.

Po wyjściu z miasteczka, zaczęło się naprawdę trudne podejście – strome, kamieniste, prowadzące przez strumień, miejscami śliskie od grząskiego błota. Prawie pod samym szczytem minęliśmy Kamień Ewangelików – miejsce spotkań XVII wiecznych ewangelików, gdzie teraz odbywają się msze, a my złapaliśmy tu oddech po pierwszym stromym wyzwaniu. Do schroniska jest stamtąd dosłownie 5 minut marszu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy wyszliśmy z lasu na parking pełen ludzi, samochodów i gwaru turystów (sic!). Pod schroniskiem Równica krótki odpoczynek, napoje i marsz w dół. Ścieżka szlaku wije się tutaj, przecinając drogę asfaltową. Podczas tego zejścia źle postawiona noga, na ruchomym kamieniu spowodowała wygięcie stopy i upadek. Przestraszyłam się, że nasza wyprawa skończy się zanim na dobre się zaczęła, ale było to tylko nadwyrężenie stawu w kostce. Opuchlizna i siniak – to właśnie zobaczyłam po zejściu do Ustronia Polany, ale okłady z lodu, maść na stawy, i proszek przeciwbólowy postawiły mnie na nogi. Moja kontuzja oraz czekająca nas jeszcze wędrówka do schroniska na Soszowie, była dla nas wystarczającym powodem by pozwolić sobie na odrobinę luksusu – czyli wjazd wyciągiem krzesełkowym na Czantorię (co gorąco polecam :-)). Szczyt Wielka Czantoria to już Czechy, jeśli ktoś chce, to dobra chwila na czeskie piwo.

2016-08-16-20-25-36

Od wieży na Wielkiej Czantorii droga prowadzi wzdłuż polsko-czeskiej granicy i jak zwykle brak tu polskiego zasięgu (uwaga na włączony transfer danych w telefonie). Po drodze różnie – płaskie, wygodne ścieżki, kamieniste, strome zejścia. Ale ogólnie bez większych trudności.

2016-08-16-20-28-18Prawie wyludniony szlak doprowadził nas do tak wyczekiwanego pierwszego noclegu. Schronisko na Soszowie – jedno z najstarszych w Beskidzie Śląskim, powitało nas przepięknym otoczeniem, ogniskiem, przyjazną atmosferą, skromnym pokoikiem i pysznym jedzeniem.  Pochłonęłam przeogromną, jak na mnie, ilość jedzenia – porcję grochówki i kluski na parze w sosie jagodowym.

2016-08-16-20-24-20

Nie mieliśmy sił na jakiekolwiek życie towarzyskie i już o 21.30 spaliśmy mocnym snem. A w środku nocy przebudzenie, bolące nogi nie dawały spać. Kręciłam się z boku na bok ponad godzinę, aż zmęczenie znowu zwyciężyło. Takie przebudzenia z powodu bolących nóg zdarzały się podczas wyprawy codziennie, a nawet jeszcze kilka dni po powrocie do domu.

Dzień 2.: Soszów – Stożek Wielki – Przełęcz Kubalonka – Stecówka – Przysłop (start 10.00 – meta 18.30) – 21,4 km

Drugi dzień zaczęliśmy ostro pod górę, by po chwili od szczytu Cieślar, 2016-08-16-20-23-34podziwiać widoki i iść szlakiem prowadzącym grzbietem. Trochę w górę i w dół. Dopiero poważniejsze wyzwanie stanowiło ostre podejście pod Stożek Wielki, i tutaj znowu pełne turystów schronisko, z których większość dotarła tam wyciągiem krzesełkowym. Po krótkim odsapnięciu, ruszyliśmy dalej, mijając przepiękne Kiczory z fantastycznymi skałkami.DSC_0185

DSC_0187

Kiczory

DSC_0191

martwy las, okolica Kiczorów

Dalej zaczęło się zejście, z jednym krótkim, aczkolwiek stromym podejściem, do przełęczy Kubalonka.

Podczas zejścia z Kiczorów po raz pierwszy pojawiły się problemy ze stopami, i do Kubalonki ledwo doczłapałam. Drobny posiłek, w mało przytulnym barze, to dla mnie wspomnienie bólu nóg i pierwszego kryzysu, nie miałam siły, a iść trzeba było. Z przełęczy Kubalonka, do następnego punktu – schroniska Stecówka, prowadzą dwie drogi. Pierwsza szlakiem, druga asfaltem – dla spacerujących. Muszę się przyznać, że wykończona wędrówką w górę i w dół kamienistym szlakiem, pozwoliłam sobie na odrobinę luksusu, bo  przekonałam swoich towarzyszy, by na chwilę zejść na spacerowy asfalt. W Stecówce chcieliśmy chwilę odetchnąć, zjeść coś, napić się, zebrać siły na dojście do Przysłopa. Niestety budynek był w remoncie (i pewnie pozostanie w nim jeszcze do następnego sezonu), żadnych szans na nocleg czy kupienie czegokolwiek. Na szczęście drogowskaz wskazywał 1h 15 min do celu naszego drugiego dnia. Po godzinnej wędrówce, ku naszemu zaskoczeniu, kolejny drogowskaz na Przysłop znowu wskazywał  1 h 15 min (takie nieporozumienia zdarzyły się nam dwa czy trzy razy w ciągu 6 dni). Wierzcie mi, coś takiego, po całym dniu wędrówki może osłabić. Wyjścia jednak nie ma i iść trzeba. Na szczęście druga tabliczka była przesadzona i po mniej więcej 45 minutach, w części stromej wędrówki pod górę, dotarliśmy do Schroniska Przysłop. Przysłop – w dwóch słowach – jako tako z zewnątrz, w środku, pokoje i łazienki dla tych mniej wybrednych.

Dzień 3.: Przysłop – Barania Góra – Węgierska Górka (start 9.00 – meta 16.00) – 17,1 km

Ten dzień zapamiętałam jako dzień zejścia, dosłownie i w przenośni. Marsz w dół, prawie cały czas. Takie dni, to najlepszy test dla Waszych butów. Moje nie sprawdziły się i na finiszu, na palcach i stopach obu nóg pojawiło się mniej więcej sześć bąbli. Firma znana, ale produkuje buty, które nie nadają się do codziennego, intensywnego marszu. Wracając jednak do początku dnia – Schronisko Przysłop, 45 minut podejścia i jesteśmy na Baraniej Górze, a tutaj wieża i widok na 360 stopni. Cudnie, może niebo trochę zachmurzone, ale cudnie.

2016-08-16-20-20-56

Mysia Polana

Po drodze na Baranią Górę, mijamy Mysią Polanę z rezerwatem głuszca, gdzie kiedyś polowali na te ptaki Habsburgowie (przejście Stecówka-Barania Góra to fragment specjalnego szlaku historyczno-turystycznego – oznaczonego literą H z koroną). 2016-08-16-20-09-43Z Baraniej Góry schodzimy wąskim, ale ciekawym trawersem do Magurki Wiślańskiej, potem trochę w górę i w dół przez Magurkę Radziechowską i Glinne, 2016-08-16-20-17-16ze skałami i przepięknymi widokami.

2016-08-31-07-57-48

za nami Magurka Radziechowska, przed nami Glinne

Ze szczytu Glinne prowadzi ostre, długie, długie zejście do Węgierskiej Górki.

2016-08-16-20-15-04

przed zejściem do Węgierskiej Górki

Tam znaleźliśmy, przy samym szlaku, przemiłą agroturystykę. Bardzo dziękujemy za wspaniałą gościnę.

Dzień 4.: Węgierska Górka – Żabnica – Abrahamów – Rysianka (start 12.00 – meta 18.00) – 15,7 km

2016-08-19-17-15-43

widok na Żabnicę

Ten dzień nazwałabym – sądnym dniem. Ciężki, prawie cały czas pod górę od Żabnicy, miejscowości za Węgierską Górką, aż do samego końca. Upał, skoki przez strumienie, kałuże, bagniska, ścieżki z dyżymi, chybotliwymi kamieniami, obejście szlaku. 2016-08-31-07-54-132016-08-21-21-00-22Trudny marsz, ale widoki jak zwykle przecudowne.

2016-08-21-20-51-32

Abrahamów – ręcznie robione snopki

2016-08-21-21-04-20Tego dnia, mój organizm odciął mi zasilanie już o godzinie 19.30. A szkoda bo schronisko na Rysiance było naprawdę wspaniałe, z cudownymi widokami na Beskidy, Tatry, Słowackie i Czeskie Tatry. Po prostu góry 360 stopni wokół.

Wzdłuż dużej części szlaku dnia czwartego, prowadził Szlak Papieski, a po drodze kilkanaście kapliczek.

2016-08-21-21-11-16

jeszcze pół godziny do Rysianki

 

Dzień 5.: Rysianka – Hala Miziowa (start 10.00 – meta 14.00) – 7,1 km

DSC_0233

Poranny widok z jadalni schroniska na Rysiance

To naprawdę przyjemny, miły spacerek. Kilka podejść, kilka zejść. Trochę przedzierania się przez błota i już. DSC_0235Po kilku dniach naprawdę intensywnego marszu to był dzień ulgowy, wręcz czas odpoczynku. DSC_0238Po dotarciu do schroniska na Hali Miziowej DSC_0237moje poranione stopy wymagały porządnego relaksu, natomiast moi towarzysze wybrali się jeszcze na Pilsko, dosłownie 45 min w górę, a ja pod schroniskiem w oczekiwaniu na pokój kontemplowałam widok Babiej Góry, która na nas czekała.

DSC_0240

Babia Góra po prawej

Schronisko Mizianka, to miejsce bardziej komercyjne od pozostałych schronisk.

DSC_0244

chata z grillem na hali Miziowej

Chyba najmniej klimatyczne i nie dostało w wspomnieniach specjalnego miejsca. Taki po prostu dom wczasowy i już. Bez klimatu i atmosfery górskiego schroniska.

Dzień 6.: Hala Miziowa – Korbielów – około 7 km

To był ostatni dzień w górach.

DSC_0250

Korbielów

Zejście z Mizianki do Korbielowa, to jakieś 2-2,5 h, czasem stromo, czasem płasko. No i nie był to już czerwony Główny Szlak Beskidzki. Stąd można złapać autobus do Żywca lub Krakowa. No i skończyliśmy ten etap GSB, bo kontuzje, zmęczenie i młodzieńczy bunt, ale jeszcze u wrócimy i zaczniemy od zdobycia Babiej Góry – królowej Beskidów. Do zobaczenia!

 

Dziennik Powstańca

1 sierpnia od zawsze był dla mnie datą szczególną. Jest to rocznica, która ze wszystkich historycznych dat, ma dla mnie największe znaczenie. Wydarzenia, które rozgrywały się na ulicach i w miejscach, tak blisko mojego rodzinnego domu, są dla mnie wyjątkowe, bo rozgrywały się tuż za rogiem, kilka przecznic od późniejszych bloków mojego osiedla.  Tyle osób, dzieliło się ze mną, własnymi przeżyciami z Powstania i gehenny jaka stała się losem ludności cywilnej. Kiedy słyszę warszawskie syreny, czuję ogromne wzruszenie, tak jakbym przeniosła się w czasie do roku 1944.

Na dziś, jako lekturę, polecam gorąco „Dziennik Powstańca” Zbigniewa Czajkowskiego. Wieczorem, kiedy umilknął już syreny, sięgnę, jak co roku po tę książkę.

Zatrzymajmy się o 17 choć na chwilę.

Warszawo, pamiętamy!

dziennik powstańca